Obława na agenta

19 stycznia 2014

Reportaż telewizyjny na temat polsko-amerykańskiego profesora Krzysztofa Cieszewskiego został nakręcony przez fachowców w swojej dziedzinie. Nakręcono go tak, aby widz nie nabył żadnych wątpliwości odnośnie zawartych w nim „prawd”. Efekty audio-wizualne oraz scenariusz zgrabnie przykryły wątpliwą bazę źródłową, tworząc klasyczny materiał propagandowy. Tomasz Sekielski, prowadzący program, okazał brak najmniejszych skrupułów, nie pozostawiając wątpliwości po co transferowano go z TVN akurat do TVP.

Sekielski oznajmi Cieszewskiemu w rozmowie telefonicznej, że do dokumentów mówiących o jego współpracy z SB „dotarł w IPN-ie”. Jednakże na tych, prezentowanych w programie, nie widać żadnych pieczęci IPN. Były za to pieczęcie MSW. Wprowadzenie rozmówcy w błąd wskazuje na charakter, w jakim Sekielski występował.
Z pewnością nie badał przeszłości Cieszewskiego. Gdyby tak było, i gdyby rzeczywiście miał aż takie „dojścia” w IPN-ie, kupiłby sobie z 20-procentową zniżką książkę wydaną pod redakcją Filipa Musiała, w której naświetlono m. in. życiorys Cieszewskiego z okresu „stanu wojennego” (Zob. Osobowe środki pracy operacyjnej – zagadnienia źródłoznawcze, Kraków 2012).

Sekielski dowiódł tymczasem, że jego „misja” nie była misją dziennikarską. Zacytował wypowiedź Cieszewskiego dla „Gazety Polskiej”, w której profesor odmówił wypowiedzi nt. swej martyrologii. Naukowiec słusznie wyszedł z założenia, że publicznie uaktywnił się nie jako męczennik i kombatant, ale jako profesor leśnictwa, służący pomocą politykom i ekspertom wyjaśniającym tajemniczą śmierć prezydenta RP. Tak więc próbował Sekielski stworzyć obraz kogoś, kto wstydzi się własnej przeszłości, wykorzystując przeciwko niemu jego własne zalety: skromność i profesjonalizm.

Co do przeszłości rzeczonego MSW, do niedawna szefował mu niejaki Jerzy Miller, którego nazwisko znajdzie się w słowniku dziejowej niesławy, jako cena za udział w tuszowaniu wydarzeń z 10 kwietnia 2010 r.

Naganną analizą ww. dokumentów przez Sekielskiego, fachowcy z TVP nadrobili „super klimatem” całego widowiska. Brakowało tylko speca, który przeważy szalę i nada mu pozory profesjonalizmu. Sensacją wieczoru okazał się występ profesora Dudka. Politolog strzelił z „półobrotu” Cieszewskiego w twarz, dorabiając mu historię współpracy, w miejscu, gdzie brakowanie dokumentów pozostawiło lukę. Uznał, że Cieszewski „prawdopodobnie” należał do tych, którzy wygadali się SB i otrzymali „nagrodę” w postaci możliwości wyjazdu z kraju.

Przed laty zadzwonił do mnie pracownik TVN z zaproszeniem do programu Teraz my. Odmówiłem. Przed oczami stanął mi wówczas obraz panów Sekielskiego i Morozowskiego w dniu publikacji Raportu z likwidacji WSI w 2007 r., recenzujących raport pod kątem interpunkcji i błędów gramatycznych. To jedno wydarzenie pokazało, jaki obóz intencji reprezentują owi dziennikarze i po co się u nich występuje. Na pewno nie po to, żeby grać pierwsze skrzypce.

Agentura na prawo i lewo

Kreśląc scenariusz programu o Cieszewskim, Sekielski, i jego współpracownicy wiedzieli doskonale, co i jak należy stworzyć, żeby zabolało PiS, jego elektorat oraz „komisję Macierewicza”. Wywody narratora oraz migawki z filmu Nocna zmiana w przyjemny dla zmęczonego życiem widza, spoiły kwestię lustracji najważniejszych osób życia publicznego z lustracją zagranicznego profesora, pracującego pro publico bono… „Ha, ha… Mają teraz za swoje Macierewicz z Kaczyńskim, co to chcieli wszystkich nas zlustrować” – pomyśli ten zmęczony na kanapie.

Nieswojo poczuła się także część elektoratu kontestującego obecną rzeczywistość. Prawidła „oblężonej twierdzy” obowiązują także tych, którzy zmuszeni byli się w niej okopać nie z własnej woli. Gdy rewelacje Sekielskiego pojawiły się w mediach, zrodziło się weń zapotrzebowanie na „przekaz” wspomagający mechanizm zaprzeczenia. Niestety w twierdzy, w której skupiają się podwyższone stany emocjonalne, intuicja też może przestać działać prawidłowo.

Może przede wszystkim dlatego, że w obleganej twierdzy, ciężko prowadzi się dyskusję na tematy np. dotyczące metodologii działań SB. Jest to materia trudna i wbrew pozorom mało sensacyjna. Usprawiedliwia to do pewnego stopnia obywateli będących zwolennikami lustracji. Nie usprawiedliwia wszakże naukowca, który podpisuje się swoim nazwiskiem ładny film, maskujący reżyserskimi sztuczkami, kał zmieszany z błotem.

Agent „Krzysztof”

Powyższa ozdoba stylistyczna, zaczerpnięta z języka środowiska „Gazety Wyborczej”, nie nadaje tym rozważaniom, co prawda swady, ale liczę, że „sposobem” Sekielskiego, pobudzę znużonego czytelnika do dalszej lektury.

Brodząc niedawno „w szambie”, czyli archiwach policji politycznej, natrafiłem na przypadek TW „Krzysztofa”, domniemanego agenta prowadzonego przez Departament II SB, a więc kontrwywiad. Występujący pod tym pseudonimem delikwent został zarejestrowany w grudniu 1977 r. Ubiegał się o paszport czasowy na wyjazd do rodziny we Francji. Doszło więc do jego spotkania z oficerami SB.

Wprowadził esbeków w taką euforię, rozprawiając o swych niezwykłych kontaktach i możliwościach, że, rezygnując z pisemnego poświadczenia współpracy, nadali mu pseudonim, wręczyli paszport i życzyli udanej podróży. I tyle go w Polsce widzieli.

Teraz „agent” główkował nad sprowadzeniem rodziny na Zachód. SB szybko zwęszyła te zamiary, m. in. przechwytując jego korespondencję. W odwecie w czerwcu 1978 r. zastrzegła żonie „agenta” wyjazdy do wszystkich krajów świata.

TW tłumaczył SB niechęć do powrotu strachem. Zapraszał funkcjonariuszy na pogawędkę do Brukseli. Oni sprytni dziękowali uprzejmie i zapraszali go do Pragi. „Agent” wziął fikcyjny rozwód z żoną i zaczął robić wokół sprawy szum. Nękał esbeków i urzędy telefonami. W końcu upomniały się o niego władze Francji. Zmęczone tą zabawą władze PRL nie tylko wypuściły żonę i dzieci „agenta”, ale również zwielokrotniły jego paszport.

„Wystrychnięci na dudka” esbecy pomstowali w aktach. Zapominając o resortowej nowomowie, niczym zawiedzeni przyjaciele albo belfrzy wpisujący „uwagę” do „dzienniczka”, podsumowali:

„W świetle całokształtu zebranych materiałów stwierdzić należy, że t. w. jest człowiekiem nieodpowiedzialnym i niezrównoważonym psychicznie. O swoje niepowodzenie ma pretensje do wszystkich, a nie do siebie samego. Cechuje go przecenianie własnej osoby i pozycji oraz fakt, że jego zdaniem wszyscy powinni mu iść na rękę”.

SB wyrejestrowała TW „Krzysztofa” jesienią 1980 r. Tak oto „współpracował” prawie trzy lata…

Tropienie agentów

Jak widać agent agentowi nie równy. Nie martwmy się percepcją agentury w obozie rządowym. Szkoda czasu. Rozprawiajmy o własnych usterkach, bo jest o czym. W obozie tzw. prawicowym inwektywa „agenta” należy do najcięższych. Odkąd w wieku kilkunastu lat zetknąłem się z czynną polityką, słyszałem je w niej częściej niż „dziękuję”. „Ten agent”, „tamta agentka”, „ten Ruski”, „tamten z Mosadu”, „ten przewerbowany”, a „ten podwójny”. Słowo „agent” spełnia u nas funkcję lewackiej inwektywy „faszysta”.

Tak się składa, że oprócz historii totalitaryzmów, zajmuję się także historią komunizmu w amerykańskim życiu politycznym i związkowym. Uczy ona na czym w zachodnim świecie polegała i polega rola agenta-prowokatora. Wcale nie czyni ona zeń milkliwego słuchacza czy oślizłego lizusa. Jeśli się jej przypatrzyć, roi się aż od przypadków, kiedy agent stawał w awangardzie tropicieli rzekomych agentów, eliminując w ten sposób potencjalne zagrożenie. Agenci zajmowali się więc tropieniem spisków i czystością ideologiczną. Stawali się ortodoksyjni, odruchowo, ze strachu przed dekonspiracją.

Niekoniecznie nadgorliwy lustrator to agent. Motywacją tropiciela agentów może być patologiczne wyrachowanie. Niedaleko mnie mieszka człowiek, nazwijmy go „słabą stroną Achillesa”, który miejsce w parlamencie wywalczył sobie za pomocą dwóch metod. Pierwsza, sprowadza się do całej gamy „podręcznikowych” trików, podpowiadających np., jak w trakcie kampanii wyborczej uczynić podstępem z pracownika wolontariusza. Nawet ubiegając się o trzecią kadencję w sejmie, stosował regułę z „podręcznika KPN”: „Nie wynagradzaj pieniędzmi. Kupuj podarunki, np. batonik”.

Druga metoda, zdecydowanie bardziej bolesna, polega na namaszczeniu kogoś „agentem”. Jako, że tropiciel z racji wieku nie mógł nim zostać w poprzedniej epoce, korzysta obficie z faktu, że jest „czysty” i mianuje się „autorytetem moralnym”. Jest to mechanizm, na którym zbudowano III RP. Pośród swoich konkurentów – kolegów partyjnych – opisywany delikwent wskazał całe stado „byłych PZPR-owców”, agentów: SB, GRU, WSI, a nawet jednego konfidenta policyjnego. Dziś jest jedynym „nie-agentem” w swoim skąpym otoczeniu. Szkód narobił co nie miara, ale żołądek ma za to pełny.

Najlepiej, przed rozpoczęciem poszukiwań agentów, upewnić się, że się ma dobre intencje. W poszukiwaniach pomóc może poniższy rysopis. Przykładem bodaj najaktywniejszej w dziejach świata międzynarodowej agentury są komuniści. Tak ich charakteryzował nestor międzynarodowego ruchu związkowego:
„[…] Rzadko odsłaniają swoje prawdziwe oblicze. Zakłamanie i obłuda, a także cwaniactwo – to cechy charakterystyczne dla komunistycznych działaczy”.
Ot i materiał na agenta. Roboty więc mamy co niemiara.

Tekst ukazał się w „Gazecie Obywatelskiej”
http://wpolityce.pl/artykuly/69889-pawel-zyzak-oblawa-na-agenta-sekielski-dowiodl-tymczasem-ze-jego-misja-nie-byla-misja-dziennikarska