Pewni komentatorzy i pewni politycy na ekranie

19 stycznia 2014

Kiedy główna partia opozycyjna, Prawo i Sprawiedliwość awansuje w sondażach, niezwłocznie pojawia się tłum „wujków dobra rada”. Jest ich tak samo wielu, kiedy PiS notuje gwałtowne spadki. Patrzę na te rady oczami historyka, bo pamiętam co, kto, kiedy radził wcześniej. Zbiór rad powinien odzwierciedlać poglądy doradcy, ale tak się nie dzieje. Można odnieść wrażenie, że funkcja komentatora: dziennikarza, politologa czy socjologa, mylona jest z postawą proroka, wizjonera czy też ukrytego lub niespełnionego polityka.

Naturalnie nikt za swe niespełnione wróżby nie odpowiada. Mogą być z sobą sprzeczne, nijakie, obraźliwe, lecz komentatorom zdaje się zależeć na tym, by były. Mają oni poniekąd rację, ponieważ już sama ich częstotliwość tworzy w oczach przeciętnego widza złudzenie kompetencji: „Zapraszają go, więc musi się znać…”. Sprawdza się zasada, którą bohater mojej pierwszej książki wyraził mniej więcej tak: nie ważne co podpisuję, ważne by nazwisko chodziło. I tak jak on stracił kontrolę nad tym, co podpisuje, tak niektórzy komentatorzy tracą kontrolę nad tym, co radzą.

Eksperci

PiS stoi przed wielką szansą dokonania pełnej reformy państwa. Jak to uczyni, czas pokaże. Najwięcej o samym zamyśle wiedzieć powinni liderzy polityczni, którzy przygotowują się do przejęcia władzy. I to oni, a raczej ich kompetencje, najlepiej tłumaczą dokąd zmierzamy.

Najlepszym kompanem w dyskusji dla komentatorów-dziennikarzy bywa coraz częściej szczególny gatunek polityka. Zajmuje się ów tylko dorywczo ekspertowaniem, a raczej improwizacją opartą na wiedzy zasłyszanej. Takie ekspertowanie kończy się najczęściej na tym samym, na czym u komentatora: pustosłowiu, nadmuchanym teatrem mimiki i gestów. Nic dziwnego, większość czasu polityk ów spędza nie na czytaniu i analizowaniu, a na uprawianiu polityki „w terenie” oraz polityki „społecznościowej” w Internecie. Zjawisko „ekspertowania” i uprawiania „polityki”, występuje rzecz jasna w różnym natężeniu.

Stereotypowy polityk, jaki nas interesuje, znajduje się wszędzie, bez względu na barwy. Pojawi się tu w kontekście PiS-u, ponieważ partia ta stoi przed wspomnianą szansą. Zresztą, jaki cel ma wskazywanie takich aktywistów w partiach postkomunistycznych, czy zgoła opartych na modelu mafijnym…

Niezdecydowani

„Ekspertowanie” takiego polityka to balansowanie na krawędzi. Oto najświeższy tego przykład. Z publikowanych sondaży można wyczytać, że od 20% do 30% wyborców to tzw. wyborcy „niezdecydowani”. Wyborcy ci w sondażach po prostu znikają.

W krajach demokratycznych jest to grupa decydująca o wyniku wyborczym. Kandydaci na fotel prezydenta USA omijają z reguły stany, w których spodziewają się zwycięstwa lub przegranej. Wędrują do tzw. swing states, gdzie liczba niezdecydowanych jest spora, a szanse Republikanów i Demokratów rozkładają się mniej więcej po równo.

„Niezdecydowani” skłaniają się zwykle ku politykowi mającemu zwycięstwo wypisane na twarzy, ku partii będącej aktualnie „na fali”, mniej skompromitowanej, prowadzącej w sondażach, itd. W Polsce dzieje się podobnie, choć wolniej, ze względu na patologiczną sytuację medialną. „Niezdecydowani” to nie tylko byli wyborcy PO i SLD, nie tylko ludzie z gruntu leniwi. To także np. ideowi wolnorynkowcy, młodzież wchodząca dopiero w świat polityki bądź ta, nieinteresująca się nią do tej pory. To także spora grupa ludzi zniechęconych do zbrutalizowanej, zbanalizowanej i sprymitywizowanej dziś polityki.

I wyskakuje teraz pewien poseł z komunikatem, że „kto nie popiera PiS-u to zdrajca, kretyn, albo niedostatecznie poinformowany w najlepszym przypadku”. Cytat robi furorę w mediach. Wielu czytelników jest oburzonych i obrażonych a wśród nich zapewne wielu „niezdecydowanych”. Wolno im się dziwić? Równie dobrze ów polityk, którego jeden z forumowiczów przezwał Piętą Achillesową PiS-u, mógł wystawić przed siedzibą partii neon z napisem „Wyborco, jeśli nie głosujesz na Nas, mamy cię w głęboko w d…”.

W rosnącym elektoracie PiS już teraz znalazła się spora grupa byłych „niezdecydowanych”, zniesmaczona pychą i pogardą bijącą ze strony obozu rządzącego. Wiara, na dwa lata przed wyborami, w to, iż tylko pomór może zmienić ich preferencje wyborcze graniczy właśnie z pychą i pogardą.

Polityk „w terenie”

„Niezdecydowanych” nie zrażają poglądy radykalne. Te w polityce nie są niczym złym. Określają partię polityczną ze względu na nurty, skrzydła i kręgi. Zresztą poglądy radykalne mogą być czasem słuszne. Dla partii masowej o niebo większe zagrożenie stanowi radykalne „parcie na szkło”. Tacy „radykałowie” mają poglądy każde lub żadne. Czasem będą narodowcem, czasem piłsudczykiem, a w okresie dożynek ludowcem. Wobec silniejszego są spolegliwi, wobec słabszego brutalni. Byle zaistnieć w popularnych telewizyjnych show.

Lojalność, dane słowo i honor to dla naszego stereotypowego polityka taki sam „pański” przeżytek, choć mieni się anty-bolszewikiem i patriotą. Zwie to polityczną koniecznością lub politycznym interesem. Sprzymierzając się z duchem „postpolityki” i pogoni za ekranem, przestaje szanować ludzi. Nieopatrznie stali się dlań statystyką lub środkiem do „wyższego” celu. Fotela.

Najlepiej mechanizm ten obrazuje polityka „w terenie”. Kiedyś poczułem ją na własnej skórze. Mój „przyjaciel” polityk zmówił się z moim „nieprzyjacielem” politykiem, by zawczasu pozbawić mnie kariery radnego. Nazajutrz po równo obdarzyli mnie swymi najszerszymi uśmiechami. „Nieprzyjaciel” nie był nim w istocie, ponieważ jego celem było wypromowanie swego zausznika, co w efekcie osiągnął. Niestety dla mnie, był nim mój „przyjaciel”, bo okazał się być moim nie-przyjacielem. Doraźna „przyjaźń” obu polityków nie przetrwała długo, ale odnawiała się cyklicznie, zazwyczaj wobec wspólnego zagrożenia politycznego.

Metody

„W terenie”, podobnie jak na ekranie, politykowanie takiego polityka przynosi sprawie równie wątpliwe korzyści… jeśli jakieś w ogóle przynosi. W swej praktyce posługuje się dezinformacją niezgorzej od mediów głównego nurtu. Wykorzystuje przywiązanie i zaufanie sympatyków do formacji. Dąży do tego, by stać się jej lokalną twarzą. Proceder dezinformacji dotyka najmniej doświadczonych, czyli wchodzącą w świat polityki młodzież licealną, a także najstarsze pokolenie, z przyczyn kondycyjnych i bytowych, niezdolne do nadążania za coraz „szybszą” informacją.

Wypaczone metody „polityczne” budują fałszywe wzorce, a te kaleczą wyobrażenie młodzieży o polityce. Zniechęcają młodych ludzi do aktywnego życia społecznego, z czasem zapędzają ich do grupy biernych wyborców – „niezdecydowanych”. Bywa i tak, że młodzi ludzie opuszczają środowisko rozgoryczeni, ogłupieni i zdemoralizowani. Koło się więc zamyka.

Nasz polityk nie stroni od całej gamy metod, które cechuje „rewolucyjna moralność”. „W terenie” panuje moda na przejmowanie organizacji oraz na ich mnożenie. Pleni się donosicielstwo i podejrzliwość. „Swoich” wysyła się na zwiad na spotkania i wciela do „wrogich” organizacji. Jeszcze jeden sposób na demoralizację młodych ludzi. Polityk rozpuszcza także mniej lub bardziej subtelne plotki, nawet o działaczach najniższego szczebla: „słuchaj, z nim jest coś nie tak”, „uważaj na niego, bądź czujny” i cięższe gatunkowo w rodzaju: „to agent jakiś”, „słyszałem, że na dzi… chodzi”. Przy tym sam jest mściwy i pamiętliwy. Nie śpi więc dobrze w nocy.

Poruszane zagadnienia mimowolnie skojarzyły mi się z tytułem głośnej niegdyś książki Roberta Welcha: Politician. Jednak nawet tak spłycony obraz Dwighta Eisenhowera nie pasuje do nakreślonego przed chwilą obrazu polityka, który miejscami zagnieździł się na naszej scenie. Warto mieć świadomość, że zjawiska jak wyżej istnieją. Warto po to, by się nie rozczarować i nie ulec błędnemu wrażeniu, że tak wygląda cała polityka, ale przede wszystkim przekonaniu, że tak polityka wyglądać musi. Są politycy i politycy. Bądźmy po prostu czujni…

Tekst ukazał się w „Gazecie Obywatelskiej”
http://wpolityce.pl/artykuly/58849-pewni-komentatorzy-i-pewni-politycy-na-ekranie-funkcja-komentatora-mylona-jest-z-postawa-proroka-wizjonera-czy-tez-ukrytego-lub-niespelnionego-polityka